Polacy nie gęsi

Recenzja: Graeme Macrae Burnet „Studium przypadku”

Piękna to była powieść. Ukryta w szkatułkowej formie, zamknięta narracyjną klamrą, pełna finezji i
smaku, a do tego dowcipna i zwodnicza, pozostawiająca czytelnika w nienasyceniu i ciekawości: ile z
tego, co właśnie przeczytał, było faktycznie fikcją.
Ale od początku (jednego z kilku początków).
Veronica postanawia umrzeć. Ale zanim ta myśl pojawi się w jej głowie, kobieta decyduje się
spróbować terapii u niekonwencjonalnego specjalisty.
Doktor Braithwaite tak naprawdę nie jest psychoterapeutą, ale tym, którzy chcieliby mu zarzucić
kłamstwo, może śmiało powiedzieć: ja nigdy nikomu nie mówiłem, że nim jestem. Ludzie po prostu
polubili przychodzenie do Braithwaite’a i płacili mu, gdy mówił rzeczy, za które każdy inny człowiek
dostałby w pysk. Również Rebecca Smyth ulega jego czarowi.

Rebecca Smyth nie istnieje – ale czy na pewno? Gdy wychodzi z gabinetu ekscentrycznego
psychoterapeuty, pali na potęgę papierosy, rozmazuje makijaż, spaceruje roztargniona po ciemnym
parku, gdy opowiada o swoich skrywanych pragnieniach, w pewien sposób przestaje być jedynie
wyimaginowanym alter ego narratorki, niejako przejmuje za nią lejce. Czy zresztą w tej historii
cokolwiek istnieje naprawdę? Czy może wszystko jest wymysłem niepewnego narratora, któremu nie
wiadomo, czy można zawierzyć?
Narrator się pogubił. I jeśli, czytelniku, pozwolisz się zabrać w tę podróż, pogubisz się i ty. Ale będzie
to przygoda z wypiekami na twarzy. To będzie historia, w trakcie której kilkukrotnie zmienisz front, a
wszystko, co myślałeś o pragnieniu życia, samobójstwie, miłości i odwadze, na chwilę stanie na
głowie. Nie przejmuj się tym, czytelniku, bo przecież powieść to fraszka, zmyślenie, zabawa, a
prawdziwe życie dzieje się gdzieś indziej – ale no właśnie, tam, gdzie jest praca od rana do
popołudnia, czy też tam, gdzie Londyn swinguje i wyzwalają się kobiety? A może właśnie tam, gdzie
ludzie, usiłując otworzyć się na świat, który zaczyna szaleć, sami nieuważnie zamykają się w klatkach
własnego szaleństwa? Cokolwiek by się nie działo, najpiękniejsze w tej powieści jest, że koniec
końców nigdy nie wiadomo, kim jest staruszka, którą spotykamy w barze kawowym: może szalonym
narratorem? Może niespełnioną pisarką? A może seksualnie wyzwolonym terapeutą – świrem, który
popala skręty, słuchając swoich pacjentów?
Jest to bardzo przewrotna, pełna humoru, ale też czułości i ciepła książka i jestem pewna: nie
pożałujecie ani minuty spędzonej w towarzystwie Rebeki i doktora Braithwate’a.

Najnowsze wpisy

Znajdź nas na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *