Polacy nie gęsi

Recenzja: E.J. Mellow „Song of the Forever Rains”

Piękna melodia z fałszywymi nutami
Ostatnio w moje ręce wpadła powieść, o której sporo słyszałam w bookmediach. Mowa o
Song of the Forever Rains autorstwa E.J. Mellow., autorki serii Dreamland. Wspomniana
książka skusiła mnie obietnicą magicznego świata, niebezpiecznych intryg i romansu oraz
niezwykłych mocy głównych bohaterek. I muszę przyznać, że pod pewnymi względami owa
lektura naprawdę mnie urzekła. Jednak nie obyło się bez zgrzytów, które momentami bardzo
psuły mi radość z czytania (do tego stopnia, że kiedy czytałam książkę w komunikacji
miejskiej, zdarzało mi się zatrzasnąć ją z hukiem, który zwracał uwagę innych pasażerów).
Pierwsze skrzypce w tej powieści zagrał klimat. Tajemnicze Królestwo Złodziei,
niebezpieczne slumsy, pełna jezior deszczowa kraina Lachlan, zamieszkiwana przez potwory
wyspa pośrodku sekretnego bezmiaru wód – to wszystko dobrze się ze sobą połączyło, a
przeskoki między poszczególnymi miejscami akcji sprawiały, że nie można się było nudzić.
Od pierwszych stron czułam się przeniesiona do baśniowej, mrocznej krainy Aadlior.
Dużym plusem byli bohaterowie. Każda postać miała jasny cel, własne demony i motywacje,
przemawiała swoim językiem. Bardzo podobały mi się słowne utarczki pomiędzy trzema
utalentowanymi magicznie siostrami. Najmłodsza z nich – Larkyra – jest protagonistką
pierwszego tomu trylogii, czyli właśnie Song of the Forever Rains (nawiasem mówiąc, nie
wiem, dlaczego nie przetłumaczono tytułu, przecież Pieśń Wiecznych Deszczy brzmi
rewelacyjnie!).
Larkyra Bassette, najmłodsza z groźnych Mousai, posiada fascynującą moc: jej śpiew potrafi
zabijać potwory, co samo w sobie jest ciekawym konceptem (chociaż widać tu silne inspiracje
m.in. animacjami Disneya albo Trylogią Klątwy Danielle L. Jensen). Podobał mi się pomysł,
by magia manifestowała się poprzez muzykę, tym bardziej, że każda z sióstr wykorzystuje
inny rodzaj sztuki (poza śpiewem jest jeszcze taniec i gra na instrumentach).
Larkyra otrzymała od ojca misję powstrzymania przesiąkniętego złem księcia Lachlan, który
przemyca niebezpieczny narkotyk z Królestwa Złodziei. W tym celu przyjmuje jego zaloty i
przenosi się do mrocznego zamku księcia i ostatecznie przyjmuje jego oświadczyny, co
prowadzi do licznych komplikacji, zwłaszcza gdy na jej drodze staje prawowity dziedzic, lord
Darius Mekenna. Relacja między Larkyrą a Dariusem rozwija się w interesujący sposób, a ich
wzajemne podejrzenia i rodzące się między nimi uczucie dodały fabule pikanterii (na
szczęście w całej książce jest tylko jedna scena zbliżenia i to napisana ze smakiem). Intryga
związana z Królestwem Złodziei i uzależnionym od magicznego narkotyku księciem, choć
momentami przewidywalna, naprawdę mnie wciągnęła.
Pora przejść do minusów.
Brutalna, spływająca krwią scena z pierwszego rozdziału była tak obrazowa, że czułam,
jakbym rzeczywiście była w środku surrealistycznego koszmaru. Początek książki stanowi
obietnicę daną czytelnikowi, a autorce… nie udało się jej spełnić. Owszem, pojawiają się
wspominki, jakich strasznych rzeczy ktoś doświadczył albo czego świadkiem była Larkyra,
ale w gruncie rzeczy nic brutalnego się nie dzieje, jeśli nie liczyć całkowicie bezsensownego
ucięcia palca bohaterce – wymyślonego chyba tylko po to, aby i ona miała jakieś blizny; to mocno kłóciło się z obrazem, jakoby Mousai były niemal niepokonane, podobnie jak
chroniący ich Król Złodziei.
Następna jest rzecz, która wywołała u mnie ogromną frustrację. Mianowicie chodzi o
redakcję i korektę Song of The Forever Rains. Byłam wręcz zaszokowana ilością błędów, na
jakie natknęłam się podczas lektury. Literówki, błędy interpunkcyjne, stylistyczne potknięcia,
a nawet błędy ortograficzne – było ich zdecydowanie za dużo. Momentami czułam się,
jakbym czytała brudnopis, a nie finalną wersję książki. To naprawdę odbierało przyjemność z
lektury i wybijało mnie z rytmu.
Kolejną rzeczą, która mnie rozczarowała, było niewykorzystanie potencjału Mousai i
Królestwa Złodziei. Wielokrotnie podkreślano, jak groźne są magiczne istoty, zdolne do
wywoływania szaleństwa podczas swoich występów. Jednak w samej fabule nie
doświadczyłam żadnej z tych przerażających mocy w akcji. Wzmianki o ich potędze
pozostały jedynie w sferze opowieści, przez co wypadły niewiarygodnie i płasko. Szkoda, bo
ten element mógł wnieść do historii o wiele więcej napięcia i magii.
Na koniec muszę pochwalić wydanie książki – jest naprawdę przepiękne. Szkoda tylko, że tak
estetyczna oprawa nie idzie w parze z równie dopracowaną treścią pod względem
redakcyjnym.
Podsumowując, Song of the Forever Rains to książka z ciekawym pomysłem, urzekającym
klimatem i intrygującą bohaterką. Niestety, ogromna ilość błędów redakcyjnych i
niewykorzystany potencjał niektórych wątków sprawiły, że moja ocena nie może być w pełni
pozytywna. Jeśli przymkniecie oko na niedociągnięcia techniczne i jesteście fanami
baśniowych historii z elementami romansu, być może ta książka Was oczaruje. Jednak ja, jako
czytelnik ceniący sobie płynność lektury, czuję pewien niedosyt. Mam nadzieję, że w
przyszłości wydawnictwo zadba o stronę językową, by nie wystawiać na próbę miłości
czytelników.
Dziękuję wydawnictwu YaNa za egzemplarz do recenzji.

Najnowsze wpisy

Znajdź nas na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *