“Zwyczajne potwory” – gdy zobaczyłam okładkę tej książki, ta nie wywarła na mnie wrażenia, jednak jak tylko przeczytałam opis wiedziałam, że to idealna historia dla mnie. Rok 1882, Londyn, fantastyka. Ten kto mnie zna, doskonale zdaje sobie sprawę, że uwielbiam królową Wiktorię, która panowała w latach 1837-1901 (tak więc to jej czasy), uwielbiam także fantastykę, czy więc mogłabym prosić o lepsze połączenie? Byłam więc ogromnie zaskoczona, gdy na początku książki znaleźliśmy się w Stanach Zjednoczonych, ale od początku.
Dziewczyna wykorzystana przez swojego pracodawcę ucieka z posiadłości i w pociągu znajduje niezwykłe dziecko, które świeci na niebiesko. Postanawia się nim zaopiekować, daje mu na imię Marlowe. Nie mają łatwego życia, ale z drobną pomocą sobie radzą. Później poznajemy również Charliego, czarnoskórego chłopca, mieszkańca USA, skazanego na śmierć za zabicie swojego pana. Problem polega na tym, że chłopak nie może umrzeć, bo jego ciało się uzdrawia. Jak więc zabić kogoś takiego? Mamy również dwójkę bohaterów, którzy zajmują się odnajdywaniem tych niezwykłych talentów i sprowadzaniem ich do bezpiecznego instytutu w Edynburgu w Szkocji, ale żeby się tam dostać, najpierw będą musieli udać się do Londynu, a tam czeka na nich niebezpieczeństwo. Jeden z talentów próbuje zniszczyć dzieci, instytut i to co go chroni, ale czy na pewno tylko o to chodzi? Czy po prostu jest zły? Zawsze mówię, że antagoniści zwykle są ciekawszymi postaciami, bo za ich zachowaniem kryje się jakaś historia, tak jest i w tym przypadku. Na tą dwójkę dzieci (i nie tylko) czeka wiele niebezpieczeństw, nie wiedzą, komu mogą zaufać, kto jest ich przyjacielem, a kto wrogiem. Czy osoba, która ma ich chronić na pewno będzie ich chronić, czy myśli tylko o sobie i zdobyciu jak największej mocy? Czy ten zły na pewno jest tym złym? A może ma jakiś ukryty motyw? Ciężko powiedzieć coś o tej niesamowitej historii nie zdradzając zbyt wiele, ale wystarczająco, tak by zachęcić czytelnika.
Autor zabiera nas w podróż praktycznie dookoła świata, bo znajdujemy się w takich miejscach jak Tokio, Wiedeń, kilka miast w USA, a także, i tu uwaga wielkie zaskoczenie, w Gdańsku, za co autor ma u mnie duży plus. Poznajemy wielu bohaterów, ich myśli, przemiany, które w nich zachodzą, odkrywamy tajemnice, a także jesteśmy zmuszeni przeżywać śmierć. W tej historii znalazłam również inspiracje mitologiczne, ale może tylko mnie wyobraźnia poniosła. Uważam jednak, że książka ma zbyt współczesny język jak na czasy wiktoriańskie, więc czasami musiałam sobie przypominać, który rok mamy w książce. Żałuję również, że książka nie oddaje lepiej tego klimatu wysp z tamtych lat. Jednak większość ludzi pewnie nawet tego nie zauważy.
Podsumowując czy książka jest dobra? Zdecydowanie tak. Czy czekam na kolejną część z serii “Mroczne talenty”? Wiadomo. Fani fantasy, to jest zdecydowanie coś dla was. Nie jest to może high fantasy, ale nie jest to także zwykła młodzieżówka, bo wymaga większej uwagi od czytelnika, jest mroczniejsza i ciężko się od niej oderwać. Dlatego bardzo dziękuję wydawnictwu Poradnia K za udostępnienie tej książki i mam nadzieję, że drugą część również otrzymam.