Po dłuższej przerwie sięgnęłam po kolejny tom jednej z najsłynniejszych serii jakie do tej pory
powstały, a mianowicie „Gra o tron”. „Starcie królów” to drugi tom, który można w skrócie
uznać za dalsze wprowadzenie do świata. Daje nam czas na zapoznanie się z licznymi
bohaterami jak i poznanie po części motywów, którymi się kierują.
Druga część tak jak i pierwsza to istna cegła, którą objętością możemy porównać do samej
Biblii chociaż myślę, że GoT jest zdecydowanie grubsze. Jeśli chodzi o zawartą treść tutaj
nie będę porównywać.
Jeśli w pierwszym tomie spotkałam się z licznymi brutalnymi scenami to tutaj nie było ich tak
wiele albo po prostu przestały na mnie tak wpływać. Nadal oczywiście kibicowałam kilku
osobom jak i miałam grono swoich ulubionych postaci, do których zalicza się m. in. Arya,
Daenerys, Jon czy Tyrion oraz Ogar, chociaż on swoich rozdziałów nie posiadał ale wątpię
by w nich coś sensownego się znalazło. Natomiast nadal mam mieszane odczucia
względem Sansy chociaż wiem, że dużo przede mną i moja lista ulubieńców może się
drastycznie zmienić.
To czego nigdy nie zabraknie w książkach Martina to gwałty czy liczne morderstwa i intrygi.
To chyba znak rozpoznawczy pisarza. Przyznam szczerze, że kiedyś chyba przeczytam
książki jeszcze raz i policzę, ile osób zginęło w jednym tomie.
Najbardziej wstrząsnęło mną zakończenie, bo byłam niemalże pewna, że zginęły dwie osoby,
których braku w książce bym nie zniosła. Całe szczęście mam pod ręką kolejny tom i nie
muszę czekać na kolejną premierę, tylko mogę czytać dalej bez dłuższego wkurzania się
ostatnimi rozdziałami. Wiem tylko, że dopiero od tego tomu akcja nabiera większego tempa.
Nadal nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz sięgnęłam po tą serię. Gorąco polecam i chcę
więcej! Chyba czas obejrzeć pierwszy sezon. Dajcie znać czy warto.