Niecierpliwie czekałam na „Opowieść Wysłanniczki”, bo autorkę tej książki darzę sympatią i kibicowałam jej podczas całego procesu. Po lekturze jednak stwierdzam, że ja zdecydowanie nie jestem targetem tej powieści. Początkowo zaintrygowana dzięki zmianom narracji, później już tylko „męczyłam” kolejne strony aby dojść do końca.
Lyrissa jest dzieckiem, którego potężną magię należy chronić. Jej ojciec zabiera ją na dwór zaprzyjaźnionej królowej, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Różowowłosa 10 latka zaprzyjaźnia się z Ramseyem, bratem księcia Rilertasu. Jednak ktoś atakuje pałac i dziewczynka znika. Wraca po ponad 100 latach, jako nieśmiertelna, więziona przez Zakon Umysłów. Z pomocą przyjaciół i delegacji z Rilertasu i Helisonu udaje jej się uciec, ale to zwiastuje wojnę.
W moim odczuciu, książka ma wiele niedociągnięć. Przede wszystkim świat przedstawiony jest niedokładnie wykreowany. Bardzo mało dowiadujemy się o kilku istniejącym w nim królestwach. Mają swoje języki, a jednak bohaterowie posługują się zapożyczeniami z łaciny i językiem bardzo nam współczesnym. Autorka skupiła się na stworzeniu szczegółowej historii Lyrissy, ale cała reszta została chyba potraktowana po macoszemu, gdyż cały czas miałam niedosyt wiedzy o uniwersum, a fakt, że zarówno język jak i inne elementy kultury nam współczesnej („orientalne” jedzenie itp) pojawiły się w treści trochę mi przeszkadzały, bo w fantasy uwielbiam właśnie te niesamowite uniwersa. Opisy wydarzeń, toczących się walk czy nawet tortur są bardzo pobieżne. Nie wiemy jak wyglądały tortury, kto jak walczył i jak przebiegały działania wojskowe podczas wojny. Za to wiem, ze bohaterka w ciągu całej książki zwymiotowała przynajmniej 6 razy.
Bohaterowie jak na swój wiek (mają około 100 lub więcej lat) zachowują się jak dzieciaki 13letnie, chichoczą i parskają. Lyrissa jest naiwna i dziecinna. Jedynym bardzo przyjemnym bohaterem jest w moim odczuciu Aurelia. Autorka też nie pozwala czytelnikowi samodzielnie dojść do wniosków dotyczących przebiegu fabuły. Wszystko dostajemy na tacy, każdy się tłumaczy. W połowie byłam już zmęczona.
Całość jest cukierkowa, naiwna, przewidywalna do bólu. Choć bardzo chciałam zakochać się w tej książce, to niestety nie udało się. Książka nie ma scen 18+, a wszelkie „brutalne” ewentualności są potraktowane tak pobieżnie, że „Opowieść wysłanniczki” może być fajną książką dla dwunastolatek, które dopiero próbują czytać fantasy. Starsi wyjadacze jak ja, którzy już wiele tych uniwersów znają i trochę tej fantastyki mają za sobą, mogą się zawieść lekturą. Ponownie gratuluje Angelice, że spełniło się jej marzenie. To wielki sukces! Mam nadzieje, że każda kolejna książka będzie lepsza!