Szczerze mówiąc, trudno mi napisać tę recenzję. Nie dlatego, że ta książka jest zła, o nie! Jest cudowna, ale zdecydowanie nie jest to pozycja dla każdego i przed tym powinnam chyba przestrzec.
Jeśli z dzieł Tolkiena w swoim życiu czytałeś/czytałaś/czytałoś tylko „Hobbita” lub „Władcę Pierścieni” wstrzymaj się z zakupem „Natury Śródziemia”. Aby w jakimkolwiek stopniu pojąć co przedstawia ta książka, trzeba mieć za sobą przynajmniej „Silmarilion”. A żeby orientować się w miarę we wszystkim, to także pozostałe dzieła Tolkiena, takie jak „Dzieci Hurina”, „Niedokończone opowieści” czy „Upadek Gondolinu”. W przeciwnym razie „Natura Śródziemia” będzie dla ciebie męczącą lekturą, która więcej pogmatwa niż wyjaśni, nastręczy trudności ze zrozumieniem i może wręcz sprawić, że przynajmniej przez jakiś czas nie sięgniesz po nic sygnowane nazwiskiem mistrza.
„Natura Śródziemia” to zbiór tekstów Tolkiena z różnych okresów jego życia, luźnych notatek, skategoryzowanych i opracowanych przez Christophera Tolkiena oraz Carla F. Hostettera, który to w 1996 roku otrzymał notatki od Christophera. Ich redagowanie i badanie zajęło bardzo dużo czasu, bowiem pierwsze wydanie „Natury” miało miejsce w 2021 roku. Książka ta wliczana jest w kanon znany jako „Historia Śródziemia”, liczący sobie 12 tomów.
„Natura” omawia kwestie, które pozwalają czytelnikowi pojąć bieg czasu, przemijanie, zaludnianie się Ardy, oraz wyjaśnia kilka kwestii nurtujących czytelników WP. Dowiadujemy się na przykład, jak obliczyć dokładnie wiek elfów, jak go zestawić z wiekiem numenoryjczyków czy ludzi. Poznajemy tu rozwój kultury nie tylko elfów ale i krasnoludów, a także szczegółowo zapoznajemy się z legendarnym Numenorem. Co mnie setnie ubawiło to fakt, że nie pamiętałam, czy w WP Tolkien szczególnie rozpisywał się na temat wzrostu bohaterów, a w głowach fanów uniwersum, bądź jak mawiał Tolkien – legendarium, zapisał się wygląd bohaterów ze świetnej ekranizacji Petera Jacksona. Gdy więc odkryłam, że Gandalf jest zaledwie mojego wzrostu, Hobbity wzrostu przeciętnego 4 latka, a krasnoludy nieco większe, to nieźle się uśmiałam wyobrażając sobie tą skalę. Tym bardziej, że Legolas wcale nie był najwyższy z ekipy – liczył sobie wg. Tolkiena zaledwie 183cm, a najwyższy był Aragorn! No jakkolwiek cudownie nie zagrał Viggo Mortensen, jego Aragorn był jednak odrobinę zbyt niski!
Co może zniechęcić potencjalnego czytelnika, a co na pewno było czystą przyjemnością dla Carla F. Hostettera, specjalisty od języków tolkienowskich, to długie wywody etymologiczne dotyczące nazw i imion. Podawane są zazwyczaj przynajmniej w trzech językach (quenya, sindarin i teleri), często z odniesieniem do języka angielskiego. Zawiła morfologia może skutecznie zrazić czytelnika, który nigdy nie interesował się językami stworzonymi przez Tolkiena. Mimo iż mnie udało się „liznąć” odrobinę quenyi parę lat temu, przebrnięcie przez te wywody nastręczyło mi nie mało trudności.
I właściwie brakuje mi słów, aby opisać co czułam czytając „Naturę Śródziemia”. Owszem, od lat jestem fanką Tolkiena i uważam, że jego osiągnięcia są niesamowite. Uważam także, że nie było przed nim, nie ma teraz i nie będzie drugiego pisarza jak on. Dziś pisząc książkę z gatunku fantasy autor nie skupia się na stworzeniu pełnego uniwersum, powieść pisze parę miesięcy, a potem pisze następną. Tolkien stworzył świat, w pełnym znaczeniu tego słowa. Od jego boskiej kreacji, poprzez pełne legendarium i mitologię, pochylił się nad filozofią, metafizyką, naturą, obyczajami wymyślonego świata. Stworzył do niego kilkanaście języków, w tym 3 opracowane na tyle dokładnie, że można się nimi posługiwać, osobne alfabety. Dopracował i przemyślał każdy szczegół tego świata, jak owady zamieszkujące dany teren. Właściwie, stworzył równoległy świat, kompletny. Wiemy, że jego celem było stworzenie legendarium dla Anglii, która takowego raczej nie posiada, ale przy okazji doszedł do poziomu doskonałości tworzenia, do którego do tej pory nie dotarł nikt. Czy go podziwiam? Chyba ani w polskim, ani w angielskim, ani nawet w quenyi nie ma określenia na wyrażenie tego, pod jak ogromnym wrażeniem jestem jego pracy, na którą poświęcił całe życie.
Tak więc zdecydowanie jest to wartościowa lektura, którą poleciłabym jednak tylko „starym wyjadaczom”, jeśli chodzi o znajomość uniwersum. Dla kogoś, kto nie zna zbyt dobrze jego historii będzie to pozycja męcząca, wręcz zniechęcająca.
Tym bardziej czekam więc na kolejne tomy z serii „Historia Śródziemia”, aby poszerzyć i pogłębić swoją wiedzę, oraz znów przenieść się na Ardę.