Ostatnio książkę Remigiusza Mroza czytałam w zeszłym roku, w ramach eksperymentu „wychodzenia ze strefy komfortu”. Przeczytałam wówczas „Kasację”, która w moim odczuciu była lekturą słabą i denerwującą. Po ponad roku wracam do Mroza, aby zmierzyć się z nową powieścią, z czymś, co w jego twórczości miało być powiewem świeżości. „Z pierwszej piłki” od wydawnictwa Filia miał przeczytać mąż, ale wepchnęłam się w kolejkę, aby zrobić drugie podejście do twórczości autora.
Witek został postawiony przed faktem dokonanym. Po tragedii dostał do trenowania zespół, który praktycznie nie istnieje. Jego zadaniem jest postawić ten zespół na nogi, plus zadbać o to, by nie spadł w tabeli. Ale jak Witek ma cokolwiek zrobić, skoro te chłopaki to zbieranina graczy z niższych lig? Jego córka, Kalina, zakochana w piłce nożnej, pomaga mu znaleźć zawodnika, Adama, który zmieni losy Rewery Opole. Witkowi udaje się więc skompletować drużynę, ale i nauczyć grać ich tak, by znali się na pamięć i by grali jak jedno ciało. Po początkowych więc problemach Rewery, zespół do końca sezonu okazuje się być największym zaskoczeniem w historii ligi.
Adam ma jednak pewne sekrety, z których jeden poznali Kalina i Witek. Nie wszystko jednak wychodzi na jaw, a przynajmniej nie dociera do tych, do których powinno dotrzeć. Adam, odkrycie roku, otrzymuje intratną propozycję przejścia do warszawskiego zespołu. Dzięki zaciętej walce całej ekipy Adama udaje się zatrzymać, po czym zespół leci na mecz charytatywny do Barcelony. Witek Krygier ledwo może uwierzyć w to, co dzieje się na jego oczach. Jednak nie takiego zakończenia się spodziewał.
Cała powieść ma około 700 stron i szczerze mówiąc, jest to za dużo. Gdyby wyjąć opisy meczy, które dla osoby średnio bądź nie bardzo zainteresowanej piłką nożną są okrutnie męczące, zbyt wiele treści nie zostało by w powieści. Bohaterowie są moim zdaniem płytcy, chociaż naprawdę polubiłam dziadka Tadzia, nad którego losem serce pękło mi przy końcu książki.
Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autora był wgląd w przyszłość, to znaczy wtrącanie co jakiś czas fragmentu przedstawiającego przyszłe wydarzenia. Dochodzi w nich bowiem do morderstwa i aż do samego końca, czytelnik jest przekonany, że wie kto dopuścił się zbrodni. Dość sugestywnie podsuwa to zresztą autor. Chyba tylko po to, aby całkowicie zaskoczyć na końcu.
Wyłączając plot twist jakim jest zbrodnia, książka przypomina nieco te filmy z końca lat 90tych i początku lat 2000, gdzie jakiś trener obejmuje słabą drużynę i wiedzie ich do zwycięstwa, wygłasza motywujące, pompatyczne gadki, a drużyna, która miała być skazana na przegraną, w ostatniej sekundzie spotkania zdobywa punkt i zwycięża. Sam pomysł jest raczej przewidywalny, od początku było wiadomo, jak potoczy się historia.
Zatem gdyby nie pojawił się w powieści tenże plot twist z morderstwem, książka należała by to kategorii tych słabych, a tak awansowała w tabeli do dzieł średnich. Nie jestem w stanie ocenić wiedzy sportowej Remigiusza Mroza, bo moja jest znikoma, natomiast stylistycznie miałam wrażenie, że czytam „Chyłkę”. Te same dialogi oparte na arogancji, ironii i cynizmie, porównaniach zabawnych na siłę i dyskusjach również na siłę. Fakt, że jedna z głównych postaci, czyli Kalina ma na imię tak samo jak moja córka, zadział na mnie nieco elektryzująco. Chociaż dziewczyna zdecydowanie jest inteligentna, w życiu nie chciałabym, aby rozmawiała ze mną tak, jak w powieści rozmawia ze swoim ojcem.
Podsumowując, nie była to najgorsza przeczytana w tym roku książka, zdecydowanie też nie najlepsza. Plasuje się raczej w kategorii średniaków, mających tendencję do męczenia po pierwszej połowie. Książka, w przeciwieństwie do piłkarzy Rewery Opole nie wytrzymała kondycyjnie pojedynku ze mną. Jestem więc ciekawa, jak po lekturze oceni ją mój mąż, fanatyk piłkarski i chodząca encyklopedia sportu.