Co jest nie tak z zawodem adwokata i radcy prawnego, że pod koniec swojej kariery spora część z nich zmienia branżę by zostać pisarzem? Może mają okazje przez swoje zawodowe życie wysłuchać setek ciekawych historii, aby przelać je na papier? Z pewnością robił tak John Grisham, który był prawnikiem i tworzył w nurcie powieści sądowej. Podobno Remigiusz Mróz też miał w rękach kilka kodeksów, a i co nieco z nich przeczytał, a teraz można by się zastanowić co w tym zestawieniu robi mistrz brutalnych opisów i obrazowego malowania słowem- Max Czornyj? Pisze. Całkiem dobrze pisze.
Podobno jest to prawnuk włoskiego arystokraty Gianfranco Blackomo, który z spowinowacony z Monte Cristo jakimś dziwnym trafem trafił poprzez Niemcy, Włochy i daleką Ruś do wschodniej Polski, a konkretnie do miasta położonego na siedmiu wzgórzach, czyli Lublina. Niestety nie miałem okazji spotkać go na żywo w moim rodzinnym mieście, ani zepsutej Warszawie, ale nadal nad tym usilnie pracuje. Zapewne nie będzie to proste, ponieważ jest autorem dość płodnym, nie tylko powieściowo, ale co bardzo cenię, również i w krótkiej formie. Max Czornyj: “lubi auta bez dachu ( Jaguary ) spleśniałe sery i stare wino i jeszcze sprzedać 800 tysięcy książek”.
Tak oto pierwszy raz poznaliśmy się na kartach cyklu opowiadań “Balladyna” i co ja wtedy przeżyłem podczas pierwszego czytania! Dla mnie się to podoba! Jak powiedział kiedyś Bruce Springsteen podczas rozmowy ze Stephenem Kingiem: “ Książkę potrafi napisać każdy, nawet influencerka, ale opowiadanie Stephen, opowiadanie jest jak dobry teledysk na MTV”.
Przyznam szczerze, że za tuzy polskiego kryminału, powieści true crime, tudzież literatury na faktach zabieram się z reguły z ochotą, ale co do tego autora odrobinę byłem powściągliwy. Swego czasu podczas spaceru w Empiku w ręce wpadła mi jedna z jego powieści, chyba “Córka Nazisty”. Od razu bez bicia przyznaję, że nie cierpię po seansie filmu “ Chłopiec w pasiastej piżamie” tej przerysowanej kalki dobrego Niemca, tego zmiękczania obrazu obozu, infantylności ukazywanej w wędrówkach po obozie, okraszonej miłością, która nie może się wydarzyć, uczuciem, które nie mogło mieć miejsca i tak dalej, i tak dalej. Dlatego też chcąc odczarować sobie tego autora w moim rankingu wiecznie potępionych podniosłem paluszek, zgłaszając się po książkę pod tytułem:” Mengele- Anioł śmierci z Auschwitz”.
Chcąc dowiedzieć się kim był Mengele odsyłam chociażby do Wikipedii, w której możemy wyczytać jakim cudem został on lekarzem i dlaczego dzięki chichotowi historii nagle znalazł się w roli Boga- tego, który dzieli na żywych i martwych. Był to człowiek wykształcony, wywodzący się z dobrej rodziny, który stał się postrachem więźniów w Auschwitz. Dlaczego w miejscu, gdzie życie ludzkie ma najniższą wartość, ktoś może budzić taki strach? Odpowiedź to wynaturzone i niemające nic wspólnego z nauką eksperymenty, które przeprowadzał bez względu na wszystko i bez żadnych sensownych zasad. Obłęd w najczystszej postaci, brutalność, brak moralności i czyste zło. Książka warsztatowo bez zarzutów, dobór słownictwa w opowiadaniach tego autora jest wyszukany. Autor stosuje pierwszoosobową narrację pokazując w ten sposób dobitnie perspektywę postępowania, motywacji i działania tego potwora.
Książka jest kompletna od A do Z. Nie jest to ten typ literatury, który zostaje z tobą, bo chcesz to wyrzucić z siebie i nie chcesz do tego wracać, ale właśnie to samo w posłowiu mówi autor “aby historia nie zatoczyła koła”. Czy książkę tę można polecić. Tak, ale…
Tak, ale tylko rozważnym czytelnikom. Bo o ile rozumiem fascynacje zbrodnią, tym co do niej doprowadziło, jak to się wydarzyło i jaką karę poniósł kat, to kompletnie nie rozumiem Netflixowego wynoszenia na piedestał innego seryjnego mordercy. Z tym trzeba bardzo uważać, bo choć zło nie śpi, to nie jest mityczną siłą, która potrafi opętać. Zło tworzymy my sami.
PS
Mengele dla mnie również był seryjnym mordercą i to samo wypływa z powieści Maxa Czornyja.