Dla dobra dziecka – czy na pewno? Recenzja łączona książek Dla dobra dziecka.
Szwedzki socjal i polscy rodzice oraz Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym
Macieja Czarneckiego
Kiedy dziewięć lat temu po raz pierwszy za namową przyjaciółki przeczytałam Dzieci
Norwegii Czarneckiego, długo nie mogłam się z tej książki otrząsnąć – podobnie zresztą, jak
przyjaciółka. Pamiętam bardzo mocno ogromne wrażenie, jakie na nas zrobiła, pamiętam, że
długo o niej rozmawiałyśmy i że byłyśmy porażone. Czytając tę książkę po latach muszę
przyznać, że pozostawia po sobie podobne odczucia.
W swoim reportażu Czarnecki skupia się na historiach Polaków, którym owiany złą
sławą norweski Barnevernet odebrał dzieci. Słowem wstępu: Barnevernet to norweskie służby
ochrony dzieci. I choć w teorii ich działanie powinno wspierać rodzinę i skupiać się na dobru
dziecka, w praktyce często kończy się inaczej: urząd działa zbyt pochopnie lub zbyt opieszale,
reaguje w sposób nieadekwatny do sytuacji, nie udziela właściwej pomocy, a w najgorszym
wypadku: separuje dziecko od rodzica na długi czas, albo i na stałe. I tu właśnie zasadza się
największy problem całej sytuacji: bohaterowie reportażu Czarneckiego to ludzie bardzo
często uznający się za pokrzywdzonych przez Barnevernet, którym zabrał on dziecko, których
oskarżył o zachowania przemocowe. Często są to Polacy, którzy z dnia na dzień decydują się
zakończyć swoje życie na emigracji i wrócić do kraju, wykradając dziecko pod osłoną nocy
lub sięgając po pomoc szemranych polskich detektywów bez licencji. Polskie fora o życiu w
Norwegii pełne są mrożących krew w żyłach opisów takich sytuacji. Ale jest jeszcze ta druga
strona, bez której opowieść nie byłaby pełna: różnice kulturowe i kolosalna przepaść w
pojmowaniu wolności, suwerenności dziecka, roli rodzica i funkcji rodziny w polskim i
norweskim systemie państwowym.
I dokładnie taki sam problem wysuwa się na prowadzenie w kolejnym, tegorocznym
reportażu Czarneckiego: Dla dobra dziecka. Tym razem bowiem pisarz postanowił przyjrzeć
się analogicznej sytuacji Polaków w Szwecji. I podobnie jak niespełna dekadę temu mam
wrażenie, że tyle tu znaków zapytań, co teorii; tyle samo brudu po jednej, jak i po drugiej
stronie. Wszystko zasadza się – mam wrażenie – na podstawowych, fundamentalnych wręcz
wartościach: pojmowaniu osobistej godności człowieka, ingerencji państwa w system
rodzinny, rozłożeniu akcentów w kwestiach bardzo delikatnych. Bo o ile w Polsce wciąż
pokutuje stwierdzenie, że dziecko „należy” do rodziny, do rodziców i jako takie –
niesamodzielne, a więc również mniej ważne od pozostałych, dorosłych członków – musi jej
być podległe, o ile więzy rodzinne są w naszej kulturze i w naszym kraju wciąż uważane za
podstawowe i istotne przez całe życie, o tyle kraje skandynawskie wydają się pojmować te
sprawy diametralnie odmiennie. W kulturze zarówno Szwecji, jak i Norwegii dziecko
postrzega się jako odrębny byt, samostanowiący, wolny i nikomu nie podległy, nie uznaje się
absolutnie żadnej przemocy – tak fizycznej, jak i słownej – a rodzina jako wartość stoi w
kolejce dalej: człowieka wychowuje się do społeczeństwa, dla siebie, a nie po to, by w
dorosłości opiekował się starymi rodzicami. Kiedy połączy się te dwa skrajnie różne
podejścia, weźmie pod uwagę pewną atmosferę nierówności, wynikającej z relacji: zamożne
państwo – roszczeniowy imigrant, a do tego dołączy okoliczności życiowe, jak rozwody,
choroby, niepełnosprawności czy problemy ekonomiczne, okaże się, że o tragedię łatwiej, niż
się wydaje. I kiedy już wydaje się, że oto mamy własne zdanie, oto jesteśmy za albo
przeciwko temu, kto akurat opowiada swoją historię autorowi – wtedy nagle pojawia się
opowieść innej perspektywy i zmieniamy stronę, zdając sobie sprawę, że błądzimy w
ferowaniu zbyt łatwych osądów. Dociera do nas, że problem, z którym się mierzymy, jest zbyt
złożony, zbyt wielowymiarowy i nie sposób go ocenić bez krzywdy dla człowieka – bez
krzywdy dla dziecka.
Czy na te dwa reportaże składają się wyłącznie historie straszne i mroczne? Oczywiście, że
nie. Mamy przypadki sytuacji, w których urzędy pomogły rodzicom, zareagowały
odpowiednio, wsparły rodzinę na czas i w sposób adekwatny. Mamy opowieść dziecka –
nastolatki, która w odróżnieniu od swojej matki wypowiada się o funkcjonowaniu rodziny
zastępczej wyłącznie dobrze, zwracając uwagę, że to dzięki interwencji państwa jej relacja z
matką uległa poprawie. Jest łyżka miodu w tej beczce dziegciu. Są też opowieści
pracowników urzędów jasno wskazujące na to, że może i państwo norweskie czy szwedzkie
funkcjonuje sprawniej, niż polskie, ale i tu i tam zdarzają się niedoinwestowania, braki
kadrowe czy kiepski dobór pracowników.
Ale są też historie porażające. Sprzed prawie dekady zapamiętałam szczególnie ostatnie
rozdziały książki, w których mowa jest o mrocznej liczbie przestępstw seksualnych
dokonywanych w rodzinnym zaciszu norweskich domów, nie śledzonych – bo są to domy
zamożne, rodziny wysoko postawione, szanowane. Pamiętam, że zostawiła mnie ta książka z
jakimś wewnętrznym mrokiem, poczuciem wielkiego zła, o którym na co dzień nigdzie się
nie czyta. Nie inaczej było i dziś, gdy ukończyłam obie – tamtą i tę, oba reportaże gęste i syte,
mroczne jednocześnie jak smoła, ale też, jednak! wlewające w serce jakiś promień nadziei.
Pozostaję po lekturze tych książek z poczuciem, że blisko mi gdzieś do ich autora – próbując
nie oceniać, a jedynie patrzeć i słuchać. Mam za to do niego duży szacunek i wszystkim
serdecznie te dwa reportaże polecam.