Polacy nie gęsi

Recenzja: Annalise Avery „Ród Wycherley”

Ród Wycherley

Pokochałam tę książkę całym sercem! „Ród Wycherley” Annalise Avery to jedna z
najlepszych młodzieżówek, jakie przeczytałam w tym roku – już wiem, że długo nie zapomnę
o tej książce! Ma wszystko to, co cenię w literaturze Young Adult: humor (Constance jest
najlepsza!), bohaterów z charakterem, zagadkę do rozwiązania oraz niepowtarzalny klimat. W
dodatku elementy fantastyczne – ach! – zdecydowanie działają na korzyść.


O czym jest książka? W dniu, w którym młoda Aurelia Wycherley otrzymuje swoją magię,
dostaje w spuściźnie także rodzinną klątwę. A klątwa to nielicha, ponieważ przez nią magia
Aurelii staje się przeklęta, a sama dziewczyna nie będzie mogła związać się przysięgą z żadną
czarownicą ani żadnym czarownikiem… To nie wszystko, bowiem związanie jest konieczne,
aby osoba władająca nadprzyrodzonymi mocami mogła zachować swoją magię – w
przeciwnym razie w ciągu kilku lat stanie się zwykłym człowiekiem i będzie musiała opuścić
świat czarnoksiężników. Jednak matka i brat debiutantki nie mają pojęcia o jednej rzeczy: że
Aurelia zrobi wszystko, by nie stracić mocy.


Nawet nawiąże współpracę z Juliusem Nightly, potomkiem czarnoksiężnika, który przeklął
czarownice z rodu Wycherlay. To, co zaczęło się jako poszukiwanie lekarstwa na utratę magii,
powoli przeradza się w emocjonującą, pełną ciepła i zaufania relację.


Tym, co najbardziej podobało mi się w konstrukcji bohaterów, był fakt, że żaden z nich nie
wychodził z założenia, że skoro ich rodziny są zwaśnione (od wieków! jak romantycznie,
Shakespeare by to pochwalił!), oni także muszą pałać do siebie antypatią. To, co śmiało
mogłoby być skategoryzowane jako enemies to lovers (w końcu dziedziczna klątwa to
niebagatelny powód do konfliktu!), okazało się dojrzałą, dobrze rozpisaną historią o dwojgu
młodych ludzi, którzy nie zamierzają skreślać kogoś, ponieważ ktoś uważa, że tak trzeba.


Na uwagę zasługuje także system magiczny. Oczarował mnie pomysł, że magię zyskuje się
podczas konkretnej pełni (najbliższej względem urodzin danej osoby), można ją stracić (cóż
za dramaturgia!), różdżki owijają się wokół nadgarstków niczym bransoletki (praktyczne –
ryzyko zgubienia magicznego przedmiotu równe zeru), a świat magiczny jest zagrożony przez
zbuntowaną grupę. Co więcej, każdy młody czarnoksiężnik przez trzy lata uczestniczy w
magicznej edukacji, podczas której oczekuje się od niego, że znajdzie swoje związanie.

Pierwszy rok (na którym znajduje się Aurelia) jest biały, drugi – jasnoszary, a trzeci –
ciemnoszary. Dodatkowo wydarzenia związane ze świętami celtyckimi i wikińskimi obchodzi
się na rozmaite, fascynujące sposoby, jak na przykład bal czy magiczna próba. Każda z takich
okazji poprzedzona jest pięknie zaprezentowanym zaproszeniem od księżnej.


Książka napisana jest przystępnym językiem, co sprawia, że podczas lektury płynie się przez
tekst. Ilekroć byłam zmuszona odłożyć „Ród Wycherley”, tylekroć wracałam do niej myślami
i nie mogłam doczekać się, gdy wrócę do czytania – a to najlepsza rekomendacja.


Poszczególne elementy fabularne bardzo dobrze się ze sobą zazębiają, powieść przez cały
czas trzyma w napięciu, bohaterowie – zarówno główni, jak i poboczni – zdecydowanie
zapadają w pamięć i dają się lubić, mimo młodego wieku nie cierpią na marysueizm, który w
moich oczach by ich dyskwalifikował.


Ważne są także elementy wizualne: już okładka (piękna!) wyraźnie wskazuje na to, kto jest
odbiorcą książki. Rysowane postaci świetnie odpowiadają opisom bohaterów, a prawdziwą
symbolikę ilustracji odkrywa się dopiero z biegiem czasu, kiedy już czytelnik zanurzy się w
lekturę. Bardzo podobał mi się kalendarz opisywanych w „Rodzie Wycherley” świąt oraz
wspomniane już listy-zaproszenia, a także urywki z gazet opisujących debiutancki rok. Nie
wspomniałam jeszcze, że świat przedstawiony jest mocno osadzony na tradycji angielskiej
socjety (fanki „Bridgertonów” – to coś dla Was!), a akcja rozgrywa się w magicznym
Londynie.


Nie zauważyłam potknięć fabularnych (może to też kwestia tego, że książka od początku
mnie oczarowała, a w takiej sytuacji więcej wybaczam), jednak nie mogę pozostawić bez
komentarza faktu, że ostatnia ćwierć powieści była bardzo niedbale zredagowana i
wyczyszczona. Pojawia się tu ogromna liczba błędów, powtórzeń (w obrębie jednego zdania),
zbędnych przeniesień akapitów. Wydaje mi się, że redakcja bardzo spieszyła się, aby na czas
ukończyć pracę nad książką – a szkoda, bo gdyby nie ten fakt, „Ród Wycherley” byłby
naprawdę doskonały!


Podsumowując, książka Annalise Avery oferuje czytelnikom bardzo dobrą historię, pięknie
przedstawione relacje, świetnie obmyślony świat magiczny. Z chęcią wkrótce wrócę do
powieści, by przeczytać ją jeszcze raz – i Wam także polecam zanurzenie się w tej lekturze!
Dziękuję Wydawnictwu Wilga za egzemplarz do recenzji!

Najnowsze wpisy

Znajdź nas na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *